Podczas oglądania filmu z 2009 roku, „28 dni” z Sandrą Bullock w roli głównej, demony powróciły z ogromną mocą. Pojawiły się wspomnienia – te dobre, pełne śmiechu, tańca, wygłupów i miłości. Tak jak w początkowych fragmentach filmu.
Pamiętam ekscytację z powodu wyjścia do klubu, szykowanie się, wypijanie trzech piw – z jednej strony dla odwagi, z drugiej, by nie wydać majątku na alkohol na miejscu. To były czasy, kiedy liczył się każdy grosz. Wchodzenie do ciemnego klubu, w oddali słysząc Depeche Mode „Personal Jesus”, bieganie trzymając się za ręce na parkiet, bo to była jedna z milionów „naszych” piosenek. Nie czekając na jej koniec, kierowanie się do baru, szybkie wypicie kolejnego piwa, bo znowu „nasza” melodia. W szalonym tańcu upadanie na parkiet i śmianie się aż do łez. Wspólne chodzenie do toalety, by całować się jak opętani. Niewiele się wtedy liczyło.
Tak boleśnie tęsknota wdarła się do klatki piersiowej podczas oglądania tego filmu – za alkoholem, zabawą, beztroską, śmiechem, Tobą. Fascynujące, że z czasem mózg wypiera wspomnienia takie jak: przytulanie się nie do siebie, a do toalety, rzygając. Umieranie przez większość następnego dnia aż do momentu, gdy wreszcie przyjęło się piwo, by poczuć się odrobinę lepiej. Nic, jakby tego nie było.. tylko zabawa, zabawa, zabawa.. taka fajna.
Trzeźwych 24

Dodaj komentarz