Wprowadzając się do mieszkania, oczywiste dla mnie było, że trzeba kupić coś symbolicznego, słodkiego i pójść do sąsiadów, by się przedstawić, powiedzieć: oto ja, osoba zamierzająca tu z wami jakoś żyć, oby w zgodzie i harmonii (po tygodniu tutaj już to życie zweryfikowało, ale o tym innym razem). Pierwszą odwiedzoną osobą była starsza pani, po 80-tce. Mam ogromną słabość do starszych ludzi. Przeogromną. Gdyby nie rozbuchana wrażliwość, moją wymarzoną pracą byłaby np. praca w Domu Opieki. Ale wiem, że wracając do domu, łzy leciałyby do rana z powodu niesprawiedliwości życiowej, losu, tego, że, jak to mówią, starość się Bogu nie udała.
Owa babcia z wdzięcznością przyjęła czekoladki, przyszła zobaczyć, jak mieszkanie obecnie wygląda, powiedziała, że teraz ona przyjdzie po mnie i zaprosi do siebie na herbatę. I faktycznie przyszła… tylko usłyszała odmowę, bo akurat u mnie był szał z malowaniem rurek od ogrzewania. Padły słowa, że tylko się ogarnę i na pewno przyjdę. Jaka jest prawda? Ano taka, że cały tydzień był wypełniony robotą i nie było już chęci ani siły na wizytę czy rozmowę.
Będąc dzisiaj rano w kościele, nagle w ławce, która była w innej części świątyni, pojawił się szum, zamieszanie, ktoś zasłabł. Zdziwiło mnie, że żaden kapłan nie zareagował, msza trwała dalej, natomiast ludzie będący obok bardzo dobrze zajęli się tą osobą, część wspierała, jeden pan pobiegł po wodę, a inny zadzwonił na pogotowie. Dopiero gdy przyjechali i zaczęli wyprowadzać tę osobę, nagle mnie uderzyło: to moja sąsiadka! Zobaczyła mnie, cała blada, wystraszona, poznała mnie. A mi serce pękło. Wzięli ją do karetki, powiedzieli, że jako obca osoba nie mam możliwości być z nią, więc kazali czekać obok samochodu. Po pół godzinie (tylko dlatego, że było pukanie w okno i pytanie, jak się czuje) powiedzieli, że bez sensu tak stoję, bo obcej osobie nic nie powiedzą, nie pozwolą zabrać jej do domu, więc mam sobie po prostu pójść. Po powrocie ciągle łapię się na tym, że nasłuchuję, biegnę do drzwi przy każdym dźwięku na korytarzu, patrzę przez wizjer, czy to ona, czy już wraca, czy jest dobrze, czy czuje się lepiej.
Katuję się myślami, że użalam się nad sobą, nad samotnością, a tak naprawdę, gdy ktoś wyciąga do mnie dłoń, ja ją odrzucam. Może (nie daj Boże) już nie będzie możliwości wypić razem herbaty, bo praca była ważniejsza niż kontakt z drugim, może bardziej potrzebującym człowiekiem…
Nie mogę sobie z tym teraz poradzić, z tą nieobecnością tej pani. Bo ciągle jej nie ma, mimo że już południe…

Dodaj komentarz