Trudniejszy czas. Każdego dnia łzy napływają do oczu, szczególnie pod koniec dnia. Jedyne co czuję to: smutek i bezradność. Będąc osobą wierzącą dostrzegam wciągniętą, pomocną dłoń przy drobnych rzeczach, chwilach w ciągu dnia. Tylko krzyczący we mnie ból zagłusza pozytywne emocje, które powinny z tego faktu wypływać. To tak, jakby osoba ciepłolubna stała w pełnym słońcu, promienie muskają skórę, nie ma ani jednej chmurki na niebie, jest po prostu czyste ciepło. A stopy ma zanurzone w lodzie, co skutecznie ostudza radość z faktu istnienia słońca.
Na chwilę obecną nie wiem jak sobie z tym poradzić, nie widzę tego światełka w tunelu z hasłem na końcu: nadzieja.
Jestem w trakcie rewolucji mieszkaniowej, tzw. hipotecznej. Dlaczego? „Bo masz już tyle lat, że jeszcze chwila i kredytu nikt ci nie da”, „Ile będziesz się tułać po wynajętych mieszkaniach?”, „Wiesz, nie masz nawet własnego dachu nad głową..”. Dlatego.
I jestem już na finiszu spraw formalnych, wszyscy dookoła się cieszą, wręcz słyszę jak strzelają fajerwerki i ludzie otwierają szampana z tego powodu, a ja w środku płaczę.
Siadam wieczorem na łóżku, smutek rozrywa serce, łzy palą poliki, szeptam w tym mroku do samotności: przytul mnie.
I czuję tylko zimno.

Dodaj komentarz