Co może umilić mroźne, zimowe wieczory, jeśli nie kieliszek wina? Jakiegokolwiek, bo i tak nie znam się na jakości czy odmianach. Podczas picia nie było zabawy kieliszkiem, obserwacji barwy czy siorbania ustami, by wyczuć nutę smakową. U mnie głównie królowało piwo. Pstryk i otwarte. Najlepiej zimne, ale gdy trzeba było, można było wypić i ciepłe.
Taka myśl wkrada się do mojej głowy ostatnio każdego wieczoru. Jak już wszystko ogarnę, wykąpię się i położę na kilka chwil pod kocem, wtedy patrząc na zapalone świece i czując kadzidełko, myślę: przecież to wino pasuje tutaj idealnie! Ludzie, tworząc romantyczną scenerię w Internecie czy pokazując domowe ognisko, przeważnie mają na zdjęciach: świece, jedzenie, wino. To obrazki radości, normalności. Może i ja mogę się napić, by poczuć to wszystko, co szczęśliwi ludzie?
Tylko ten cichutki głosik, który jeszcze się przebija, mówi: nie! Bo oni wypiją kieliszek lub tylko symbolicznie zamoczą usta, a ja wypiję całą butelkę i wciąż będzie mi mało. A kolejnego dnia kupię już dwie butelki, by nie zabrakło…
Trzeźwych 24…

Dodaj komentarz