Dostrzegam w sobie wypracowany przez lata system ucieczki. Nawet jak to piszę ciężko mi jakoś się z tym pogodzić, bo jestem z tych osób walczących o wszystko i wszystkich, a jak się okazje o siebie najmniej, więc słowo „ucieczka” nie komponuje się z moim wyobrażeniem własnej osoby. Walczyć, uparcie, zawzięcie, o to co wydaje się słuszne, właściwie, wartościowe? Tak! O ludzi, ich dobro, jak najbardziej. Ale ucieczka? To po prostu mi nie pasuje. Jak puzzel z innej układanki. Brutalną prawdą jest to, że alkoholik jest perfekcyjnym kłamcą, i nie chodzi o okłamywanie innych (bo tu bywa różnie, zdarzają się potknięcia), ale oszukiwanie siebie jest dopracowane do perfekcji.
Czy pije dużo? A co to w ogóle znaczy dużo? Trzy piwa dziennie po dniu pełnym problemów, łez z powodu niesprawiedliwości, braku zrozumienia, to ilość przekraczająca jakąś normę? Jaka ilość jest normą? Jedno dziennie? Dwa? Trzy to już za wiele?
Każdy! Na pewno każdy! Mając takie ciężkie życie jak ja próbowałby jakoś poradzić sobie z negatywnymi emocjami, a co może być lepsze niż piwo.. jedno, dwa, trzy, weekendami cztery? Przecież to NORMALNE! Ludzkie…
A prawda jest taka, że to jest po prostu ucieczka. W alkohol. Doprowadzanie się do stanu, w którym emocje przestają istnieć, więc i ból również znika. Na moment, ale jednak. Najsmutniejsze jest jednak to, jak patrzę przez pryzmat 9 miesięcy bez tego zbawiennego piwa, że problemy były czasami sztucznie wyolbrzymiane, by bez żadnych wyrzutów sumienia móc za pomocą alkoholu z nimi walczyć.
Bo jak inaczej.. Tak po ludzku..
I niby to wszystko wiem, ale wieczorami znowu mam ochotę trochę zapomnieć, zniknąć, przestać czuć. A póki co..
Trzeźwych 24.

Dodaj komentarz