Dzisiaj mija 10 miesięcy, odkąd nie piję alkoholu. Jak świętować inaczej, skoro kiedyś oczywiste było wypicie morza piwa przy każdej okazji?

Dojeżdżam teraz do pracy z innego miasta, wcześniej zajmowało to 8-10 minut w obrębie tej samej miejscowości i cel został osiągnięty. Teraz? Czasowo niewiele więcej, około 18 minut, ale prawdą jest, że na drodze ekspresowej nie jeżdżę wolno. Ale nie o tym…

W tym tygodniu naszło mnie wspomnienie, że tyle razy rano, jadąc do pracy na kacu, ogarniał mnie lęk, czy nie będzie kontroli, bo nie było pewności, czy mój organizm pozbył się już toksyn. Ba, wręcz było przekonanie, że w poniedziałek po beztroskim piciu od piątku do niedzieli (picie odbywało się każdego dnia, ale w weekend jakoś intensywniej) na pewno rano było coś jeszcze we krwi. Zawsze jednak było uspokajanie siebie, że szybko przejadę, że to blisko, więc mogę pozwolić sobie na takie chlanie (bo inaczej tego nie można nazwać).

Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu i oceniając na chłodno, najmniejszym problemem było to, czego najbardziej się człowiek bał, czyli utraty prawa jazdy. Przecież wtedy można było kogoś po prostu zabić…

Nie mam już tych obaw prowadząc auto. Czy to oznacza, że jest już z górki, jeśli chodzi o uzależnienie? To trudny czas w mojej głowie i sercu, więc odpowiedź brzmi: nie.

Ale walczę, póki co, z każdym kolejnym dniem.
Trzeźwych 24.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *